Film kostiumowy „Martwe wody” – moja recenzja

martwe wody film recenzja

Uwielbiam filmy kostiumowe. Nie ma chyba przyjemniejszej drogi na zapoznanie się z dawną modą i stylem życia.
Z nieukrywaną ekscytacją wyczekiwałam, kiedy „Martwe wody” wejdą do polskich kin, a przyszło mi na to trochę poczekać.


 

„Martwe wody” to francuski film kostiumowy, w reżyserii Bruno Dumont’a, który do naszych kin dotarł … rok po premierze. Akcja filmu toczy się w 1910 roku, na malowniczym wybrzeżu w północnej części Francji.

Bohaterami filmu są z jednej strony zmizerniała, zmanierowana, patetyczna arystokracja; z drugiej strony prości, surowi, wręcz „dzicy” rybacy, którzy zapewniają tym pierwszym obsługę oraz atrakcje (przy czym główną formą atrakcji są oni sami, podziwiani jako elementy pejzażu). Nie da się też przeoczyć obecności policjantów, którzy prowadzą wyjątkowo nieudane śledztwo ws. tajemniczych zaginięć. Przy okazji pojawia się subtelny wątek miłosny, wgląd w obyczajowość belle epoque (konwenanse i histeria), dużo absurdalnego humoru i surrealistycznych scen.

„Martwe wody” to kino, które najlepiej obejrzeć przy – lub – po kieliszku dobrego wina.
Bez oczekiwania logicznego porządku czy głębszego przesłania (ich się nie doszukamy),
za to z otwartym umysłem i dobrym nastrojem.

Akcja toczy się tu leniwie, a wrażenie pustki, spokoju i nadmorskiej ciszy potęguje niemal totalny brak muzyki. Zamiast niej słyszymy wzmocnione: szum morza, trzeszczenie piasku oraz skrzypienie niesprawnych ciał.
Za to postaci są wyraziste, wysoce specyficzne, komicznie nieporadne, a ich interakcje pełne są drgających emocji, co przywraca scenom odpowiednią dynamikę.

Same kostiumy (te wyjściowo interesowały mnie najmocniej) stanową esencję i przekrój końcowej, późno-secesyjnej części belle époque. Mamy tu jeszcze ślady ogromnych bufiastych rękawów, a już pojawiają się formy zbliżające się do „wąskiej mody”. Na strój składa się pastelowa kolorystyka, kaskady koronek, zrobień, szale i etole, parasolki i bogato dekorowane kapelusze (które ok. 1910r. przyjmowały największe średnice). W pamięć zapada zwłaszcza ogromny kapelusz dekorowany wypchanymi ptakami, noszony przez Aude Van Peteghem (Juliette Binoche). Damskim kostiumom wtórują męskie, z policyjnymi melonikami na czele. Ciasne, wysokie i zaokrąglone kołnierzyki do krawatów o niewielkich węzłach, homburgi i kanotiery na głowach, zegarki na łańcuszku… Kostiumy idealnie dopełniają realia filmu oraz charaktery postaci.

I chociaż na film poszłam zwabiona genialnymi kostiumami, to nie tylko kostiumy w tym filmie są piękne. Wyjątkowo malownicze pejzaże i genialna praca kamery tworzą cudowne obrazy, które chłonęłam z ogromną satysfakcją.

Nie jest to film, który umieściłabym na liście moich ulubieńców, obok porywającej „Projektantki” czy hipnotyzującej „Factory girl” (zobacz moją listę top 10 filmów z modą w tle), nie mniej dalej warto go zobaczyć. „Martwe wody” to kino przełamujące przyzwyczajenia i schematy, dowcipne i wymagające od widza. Podsumowując – polecam :).

martwe wody film recenzja belle epoque martwe wody film recenzja belle epoque martwe wody film recenzja belle epoque martwe wody film recenzja belle epoque

 

Zapisz

Zapisz

5 komentarzy
  1. Super:) dziękuję za recencję zachęciłaś mnie bardzo i postaram się znaleźć czas by oglądnąć:D lubie filmy tego typu:)

Leave a Reply

Your email address will not be published.